Referaty brata Rucińskiego

data: 28.11.2012, 19:35 | autor: Redakcja | kategorie: Bracia Szkolni

DAREM  MOŻE BYĆ…BRAK

Cykl: Światła w oknach domu
Czy dziecko  m u s i  mieć wszystko, czego
Potrzebuje? A jeśli ma już  w s z y s t k o, to
Czego mu najbardziej brak? Czy brak c z e g o ś
Nie może prowadzić do daru  k o g o ś?

Wobec reklamy najbardziej bezbronne są dzieci, a więc i najbardziej jej posłuszne. Wskutek jej działania zaczynają myśleć w sposób: dobrze byłoby to mieć – powinienem to mieć – m u s z ę  to mieć. I zaczynają się prośby, argumenty, a nawet szantaże wobec rodziców, których ambicją (i wyrazem miłości) jest zaspokajanie potrzeb dziecka. Oni też podzielają pogląd, że dziecko m u s i  mieć to, tamto i owamto, w imię higieny, zdrowia, edukacji, dobrego samopoczucia etc. Jedynym ograniczeniem jest często tylko brak pieniędzy…

A gdyby dziecku zafundować także…brak czegoś, co niby mieć musi? Czy to się mieści w myśleniu rodziców? W imię czego?

*

Jest jeszcze miesiąc do świąt Wielkanocy, a Monika, Bartek i Daria przygotowują już spis oczekiwanych prezentów. Monika odkrywa swoją dojrzewającą kobiecość i urodę, więc dyskretnie dopytuje się ile mogą kosztować kosmetyki z magicznym zakończeniem nazwy ”de Paris”. Zrobiła także rozpoznanie w sklepie „Cotton Fields” i podszeptuje, jak byłaby szczęśliwa otrzymując komplet-wdzianko w „dobrym stylu”. Bartek wprost mówi o „play-station” i zestawie gier z ostatniego filmu o Harrym Potterze. Daria nie chce być gorsza i udowadnia, że te lalki, które ma są „wieśniackie”, a ten ostatni model Barbie jest tak podobny do niej, że już go kocha… Przekrzywia kokieteryjnie główkę i mowi: „Chyba jestem tego warta, Mamo, co?” Monika podchwytuje: „Tym bardziej ja…dziewczyny u nas nie takie rzeczy noszą…powinnam jakoś wyglądać!” Mama wzdycha ciężko. Niepotrzebnie wygadała się o podwyżce i premii męża. Dzieciaki już wiedzą, jak to „zagospodarować”. Reklamy im to świetnie podpowiadają kilkadziesiąt razy dziennie. Nic jednak nie mówi, wykłada zakupy do lodówki (wg zapotrzebowań dzieci i reklam) i otwiera list z rosyjskimi znaczkami. Monika ociera się o jej ramię jak kotka.  – „Mamo, czy nie jestem tego warta?”- szepcze przymilnie. – „A może ja wam też przedstawię listę, czego jestem warta – mówi i dodaje – jest list od Siostry Małgosi, pamiętacie ją?” Wszystkie podbiegają zaciekawione. – „Siostra pisze a Angarska, na północy Rosji…Tam jeszcze są 40-stopniowe mrozy. Dzieci mieszkają w kanałach, bo tam cieplej. A siostrom nie starcza chleba, by nakarmić kilkadziesiąt zmarzniętych głodomorów, jakie mają w swoim schronisku i jakie przychodzą codziennie do ich domu. Siostra prosi o pomoc…Myślę, że jest tego warta, jak i te dzieciaki, którym się nie śni taki obiad i taki dom, jaki wy macie.” Dzieciaki czują, że z prezentów chyba nic nie będzie.

Daria nagle dodaje: „A ta Kasia z parteru pytała, czy nie mogłaby przyjść do nas na obiad, bo ich tata wszystko z domu sprzedał i zasiłek się im skończył…”

Mama patrzy na nią uważnie i mówi: „To idź, zaproś ją i jej brata. Jakoś nam starczy…Najwyżej zjemy po połówce kotleta. A potem pomyślimy, policzymy, pogadamy, czego my nie musimy mieć, żeby zapraszać tych dwoje na obiad i wysłać coś siostrze Małgosi.” Daria biegnie na dół, Monika i Bartek odchodzą nadąsani. Włączają telewizor. Znów reklamy. Wzdychają ciężko. Ale na jednym z kanałów film o tych dzieciach z Rosji. Podarte rajtuzy, dziurawe adidasy, cieniutkie i za małe kurtki. Łapczywie pożerają ziemniaki, ciesząc się jakby nie wiem jakie podarki dostali. Monika szepcze: „Bartek, głupio nie, że oni tam…wiesz…”Bartek kiwa głową.

Po 3 tygodniach siedzą wszyscy przy stole, razem z dwójką tych z dołu. Śmiech, gwar, dobrze im jakoś ze sobą, choć obiad skończyli z kwadrans temu. Mama otwiera nowy list. Podziękowanie od Siostry za ogromne serca i zdjęcie gromadki uśmiechniętych dzieciaków z Angarska. – „Macie tu trzydziestkę przyjaciół- czyta –  Podpisali się tu niżej. Wybaczcie, dopiero się uczą pisać, a tam niżej całusy dla was za te ubrania, przybory i słodycze…Zapraszają was tutaj…” Monice szklą się dziwnie oczy, Bartek zadziera dumnie głowę, a Daria z Kasią już wybierają, które lalki powędrują w następnej paczce. Tato chrząka znacząco i podsumowuje: „Patrzcie, ile post, wyrzeczenie, zgoda na brak czegoś, mogą przynieść radości. Stokroć więcej niż te luksusowe cacka…Nie włączaj, Bartek, telewizora. Nie musisz się dowiadywać o tym ,co niby mieć musisz…Przecież sam odkryłeś, że nie musisz…No i co, a właściwie kogo możesz mieć w zamian.”

*

Serce rośnie, gdy znajdzie się w nim zgoda na brak czegoś w imię tego, że ktoś ma może o wiele mniej i można mu coś odstąpić ze swojego, bez tracenia dobrego samopoczucia. Serce jest wolne, gdy nie da się zahipnotyzować nowej nęcącej błyskotce, czy sztucznej potrzebie i z pogodą mówi: ja tego mieć nie muszę. Post właśnie tej wolności, tej wrażliwości i tej pogody uczy. Oddaje się coś, a zyskuje kogoś. Rezygnuje się z małego, a zyskuje coś lub kogoś większego i droższego. Może Boga samego, który przychodzi powiększać serca, co się kurczyć na sobie potrafią oduczyć. A wraz z Nim przychodzi radość, której nie znają ci, co sądzą, że mają wszystko i serce dla tego potracili.

Brat Tadeusz Ruciński

 

POGAŃSKI DZIECIAK  W CHRZEŚCIJAŃSKIM DOMU

Mały człowiek usłyszał od dorosłych, że ma bujną wyobraźnię. Ale on nie wie jeszcze, co to takiego. Jest przecież taki mały, a świat wokół tak wielki, że trudno go zmieścić w nawet najszerzej otwarte zaciekawione oczy, bo tyle w nim dziwów, tajemnic, niespodzianek. Zdumienie i zachwyt tym wszystkim, otwierają nie tylko jego oczy, ale i usta wołające co i raz: Patrz, mamo! Zobacz, tato!. Bo on chce im pokazać: żuka chodzącego tyłem, liść z tajemniczym znakiem, płaczącą pajęczynę, chichoczący strumyk, niebo w kałuży… Ale mama i tato nie bardzo chcą przypatrywać się tym dziwom. Mają oczy podobne do zgaszonych latarek, patrzące gdzieś daleko, jakby ich tu nie było. Kiedy wieczorem mały człowiek zamyka wreszcie oczy, to pod powiekami ogląda wszystko jeszcze raz, jakby na scenie swojego ukrytego teatru, gdzie występują ludzie, zwierzęta, a nawet przedmioty i zabawki. Tam, za kurtyną powiek, można zobaczyć nawet to, co niewidzialne dla dorosłych. Tam Anioł wędruje z psem i ze skrzydłami ukrytymi w plecaku… Tam może wydarzyć się dosłownie wszystko, jeśli tylko jakiś dorosły nie ma nic przeciwko temu i nie mówi: Nie bujaj w obłokach. Ale on nawet nie wie, jak ciekawe są te obłoki i Anioły, co się w nich kryją, chroniąc sen małego odkrywcy.

No więc ci dorośli nie mają zrozumienia dla wielkiej wyobraźni ich małego dziecka. Nudzą lub drażnią ich jego dociekliwe pytania. Nie mają chęci chodzić z nim po wertepach, by zobaczyć, gdzie śpią motyle i jak się rodzi rosa w kapeluszach łopianu. Nie chce im się też zgadywać, co szepcze Anioł i co myśli Jezus, gdy się ktoś do niego modli. Zresztą, oni modlą się coraz rzadziej. Skończył się też dla ich dziecka widok z okna na park z sadzawką i kapliczką, bo wybudowano tam nowy dom towarowy oblepiony reklamami. A na najważniejszym miejscu w pokoju stoi teraz wielki nowoczesny telewizor.  Teraz on  mówią dorośli do dziecka  będzie dla ciebie oknem, lupą, lornetką, widokiem z drzewa czy z ramion taty. Żuki na ekranie są większe, zwierzęta ładniejsze i dziksze niż w ZOO. Ile teraz będziesz mógł obejrzeć na stu kanałach: przygód, walk, pogoni, czarów… Już nie będziesz się gapił w okno lub szukał czegoś w krzakach.  No cóż, ale w telewizji nie ma Aniołów, a zamiast nich są jakieś potwory i upiory. O Bogu tam też raczej nikt nie mówi, ale ile za to tam innych bogów: Superman, Batman, Konan, Spiderman, Heman… Niepokonani, nieśmiertelni, z kosmiczno-magiczną mocą… I tak małemu człowiekowi powoli kurczy się świat wyobraźni, a ogromnieje świat na ekranie. Obrazek z Aniołem Stróżem musiał ustąpić plakatowi ze Spidermanem, a ten teatr pod powiekami straszy coraz to dziwniejszymi stworami, które przepędzają spokojny sen lub wracają w snach-koszmarach.

Rośnie też ten mały człowiek. Coraz bardziej wstydzi się tego swojego dzieciuchowatego zdziwienia i fantazji. Jego oczy mają coraz częściej taki szklany wyraz. Na ścianach jego pokoju jest coraz więcej posterów z jakimiś demonami, trupimi czaszkami, prawie nagimi dziewczynami. A on coraz częściej odpędza nudę coraz głośniejszą muzyką i wrzaskliwym śmiechem. Już próbował ekstazy i odlotów. Ciągnie go do tego coraz bardziej. Jeśli się czymś zdumiewa, to tym, co magiczne i fantastyczne. Jeśli się czymś zachwyca, to tym, co jest cudem techniki, mistyfikacji czy halucynacji. Jeśli za czymś tęskni, to za kolejnym reklamowanym cackiem, sprzętem, gadżetem. Jeśli coś wie, to jak lekko zawirusowany komputer, popisujący się zasobem krzyżówkowych haseł. Jeśli jeszcze w coś wierzy, to już nie w Boga (tylu ich, a może wcale nie ma?), tylko w swoją młodość, potencję i szczęście z horoskopów, a czasem to tylko w śmierć… Jeśli coś kocha, to swoje odbicie w lustrze lub w czyichś oczach, no i swojego idola, do którego chce się upodobnić. Jeśli się czegoś lęka, to tylko trudu, cierpienia i tajemnicy, której nie może oswoić jakimś sloganem. Jeśli się czegoś jeszcze wstydzi, to  czułości, wzruszenia i poczucia wstydu sumienia. Walczy o wolność bez granic, o współczucie dla zwierząt futerkowych i o tolerancję dla przestępców, bo nikt nie jest winny, zwłaszcza, gdy jest piękny i młody.

Rodzice patrzą na niego z niepokojem, ale pocieszają się, że młodość ma swoje prawa. Kupują mu teraz komputer, bo on go przytrzyma w domu, no i wszyscy jego koledzy już mają. Dziwią się i nie dziwią, że tak dawno już z nim nie rozmawiali, że jest im coraz bardziej obcy, a nawet wrogi. No i oburzyli się na księdza, który przychodząc do nich po kolędzie, powiedział, że mają w domu rasowego poganina. Przecież oni dla niego wszystko… Nieba by mu przychylili… A on w przedsionkach piekła bywa  powiedział smutno ksiądz. Nie uwierzyli mu, co on może wiedzieć o dzieciach. Wróciło im to zdanie, gdy ich dziecko próbowało skończyć ze sobą. Ale dlaczego? Czego mu brakowało?

 

TĘSKNOTA  ZA  MOCĄ

 

Kiedy w mężczyźnie umiera rycerz, to na jego miejsce

rodzi się albo rozbójnik, albo zdechlak. Gorzej, gdy ów

rycerz nigdy się w nim nie narodził,, bo albo nie było

komu pomóc mu się w nim narodzić, albo nie było już tam

takich, co wiedzieliby o istnieniu w mężczyźnie rycerza.

I dlatego w szkole, gdy nie ma rycerzy, nie ma obrazu, cech, zasad, inicjacji rycerskich, to uczniowie dzielą się na rozbójników i ich ofiary. Na miejsce ethosu wchodzi prawo dżungli, wobec którego coraz bardziej bezradnieją wychowawcy, którym każe się śpiewać piosenkę z krainy Utopii o tolerancji i wychowaniu bez przemocy. Jednak zarówno rozbójnicy, jak ich ofiary (myślę o chłopcach) tęsknią za prawdziwą mocą, za odwagą, walką, przygodą i tajemnicą, czyli duchem rycerskim. Co widać w popularności filmów, książek, komiksów o prawdziwych wojownikach – walecznych, prawych, niezłomnych. Jednak szkolni rozbójnicy ową moc widzą tylko w przemocy i plemiennych bijatykach, a ofiary nie wierzą w nią z lęku przed przemocą i tylko opłakują swoje rany.

DLACZEGO TAK JEST?

–         Ci chłopcy zostali jakby zdradzeniu czy opuszczeni przez swoich ojców, którzy sami być może też wychowani bez ojców, nie chcieli, nie potrafili zaszczepić im tożsamości i cech prawdziwie męskich. Nie otrzymali jakby ojcowskiego błogosławieństwa czy pasowania na wojownika (używając takiej terminologii). Dlatego miotający się w poszukiwaniu swojej tożsamości między obrazem niezwyciężonego filmowego brutala i czułostkowego maminsynka lub geja.

–         Z konieczności zostali wychowani przez kobiety, tłumiące raczej w nich ducha walki, przygody, odkrywczości, hart ducha i ciała. Częstokroć zdominowani przez nadopiekuńcze matki, zawstydzające ich nauczycielki czy rówieśniczki.  Dlatego jedni mszczą się za to na tych kobietach, walcząc z nimi (co chluby mężczyźnie nie przynosi) lub wygodnie podporządkowując się im, przedłużając status synka jak najdłużej.

–         Uwiedzeni zostali substytutami mocy, walki, inicjacji…choćby w grach komputerowych, gdzie mogą poczuć się wojownikami, zdobywcami, zwycięzcami, zabójcami, członkami mrocznych bractw, uciekając od rzeczywistości trudnej do opanowania i przezwyciężenia lub przenosząc ze świata gier pewne brutalne zachowania i zupełne zobojętnienie na cierpienie innych.

–         Zwodzeni fałszywym obrazem szatana (w filmach czy w grach), który staje się obrazem mocarza, buntownika, herosa, zwycięzcy. Mający więc w pogardzie dobro, Boga, religię, współczucie, ludzi słabych.

–         Oszukiwani przez „swoje” media, które swobodą i wolnością nazywają bunt, łamanie zasad, uleganie zachciankom, popędom, uzależnieniom, czyli zupełną utratę panowania nad sobą i poddawanie się temu, co prymitywne i stadne. Owa swoboda i wolność jest manifestowana potem w szkole, częstokroć agresywnie w domaganiu się praw-przywilejów, na które niczym nie zasłużyli.

–         Stymulowani wszechobecną erotyką i pornografią, co rodzi i trudne do opanowania pożądanie, i uzależnienie od masturbacji, wulgarny stosunek do dziewcząt i wczesne, prymitywne inicjacje seksualne. Uniemożliwia to szacunek i tzw. rycerską postawę wobec dziewcząt, które też zaczynają prowokować, wulgaryzować swój język i zachowania, co niszczy tęsknotę za pięknem miłości.

–         Manipulowani reklamami, która wpędza ich w hegemonię sztucznych potrzeb, sztucznych kryteriów wartości (marki drogich towarów), w wyścig w zdobywaniu lub wymuszaniu coraz to nowych gadżetów, ubiorów, tworów pop-kultury. Tworzy to z nich gatunek homo consumens, niezdolny do wyrzeczeń, ascezy, wyrozumiałości, ofiary.

–         Poddający się wielogodzinnym oddziaływaniom muzyki         (wideoklipy, walkmany, techno-party), pobudzającej agresję, seksualne podniecenie albo wzmagającej apatię, mroczne widzenie rzeczywistości a nawet motywacje samobójcze. Stąd niechęć i wrogość do jakichkolwiek wysiłków, wymagań, do czegokolwiek heroicznego.

Bartek dorastał prawie w Krainie Łagodności. Takiego chcieli go rodzice – dobrego, grzecznego i religijnego. Po części taki był, ale zaczytywał się w opowieściach wojowniczych i podróżniczych, no i o tym marzył. Walczyć nie potrafił, choć czasem, w obronie krzywdzonego przez kogoś rodzeństwa, potrafił w napadzie świętego gniewu pokonać kilku starszych od siebie. Ale tylko wtedy. Kiedy w krainie jego marzeń pojawiły się baśniowe piękne „złotowłose”, to pokonywał w ich obronie najtęższych przeciwników, choć bez okrucieństwa. A w realnym życiu te „złotowłose” onieśmielały go, choć pragnął coraz bardziej zaistnieć przed nimi jak rycerz, wojownik, bohater, choć one wolały, gdy był bajarzem, poetą. To pomieszanie marzeń o którejś z tych pięknych, o swojej waleczności dla niej, chęci sprawdzenia się w starciu z przeciwnikami, rodziły się i wiersze,  i potyczki, i brawurowe popisy, jak i chęć wejścia w krąg chuliganów pierwszej kategorii. I chyba stałby się jednym z nich, bo zdobył już broń i zdolność do brawury, gdyby któregoś dnia jedna „złotowłosa” nie zostawiła go na parkiecie, gdy usiłował naśladować jakieś taneczne ruchy. I wtedy poszedł do szkoły tańca. Tam musiał pokonać siebie, swoją fanfaronadę, nieśmiałość, nieudolność, wojowniczość…przy robieniu zwykłych tanecznych kroków i figur oraz harmonizowania ich z partnerką-siostrą. Pierwszy pokaz ich tańca dał mu poczucie, że oswoił coś w sobie, zwyciężył, że zabłysnął tak, jak nie marzył i nie przeczuwał. I że do tego zwycięstwa nie potrzebował noża czy pistoletu. Potem tańczył trzy lata. A kiedy doszło do ciężkiej walki z jakimś bandytą, oberwał porządnie, ale walczył, tak jak tańczył, według reguł i nie przegrał. Teraz śmieją się z niego, że angelizuje kobiety, że wciąż walczy w obronie jakichś „świętych” ideałów i zasad, ale czasem lubią jego żarliwość, jego ballady, marzenia i wędrówki po górach, gdzie idzie jakby tańczył z Aniołem

„Nigdy nie wręczajcie miecza mężczyźnie, który nie umie tańczyć” (celtyckie)

Od kiedy epokę rycerzy zamknął Cervantes w karykaturze rycerza – Don Kichote, zaczęto tracić rozróżnienie pomiędzy wojownikiem, żołnierzem, najemnym żołdakiem i mordercą. Wojownik przestał być obrońcą granic, króla, kobiet i dzieci, godnym przeciwnikiem szanującym święte zasady, a stał się coraz sprawniejszą, bezduszną maszyną do zabijania. Chłopięce lub męskie marzenia, by dzielnie walczyć w obronie tego, co szanują i kochają – „spełniają” się w grach komputerowych, gdzie się zabija dla ilości i szybkości, czy dla sadystycznego okrucieństwa. Tacy na pewno nie zrozumieją wersu K. I. Gałczyńskiego: „Ja myślę, że nawet strzelać trzeba czule.”

W jednym z rytuałów inicjacyjnych, mistrz wręczał miecz tylko temu, kto poznał samotność zakochanego i taniec kochającego… Teraz nikt nie wymaga (nawet u amerykańskich „marines”) od poborowego choćby skautowskiej sprawności „Trzech Piór”, a umiejętności tańczenia tym mniej. A coś w tym jest, bo wystarczy spojrzeć na wiejskie zabawy, na których zwykle najagresywniejsi i najbrutalniejsi są ci, co tańczyć nie potrafią i nie chcą. A większość tańców ma w sobie coś jednocześnie z zalotów, gry i ..walki. Te jakby uniki, nacierania, ucieczki, zwarcia, zwody, pozy-figury, krążenia wokół siebie… Ale wszystko w harmonii, pięknie i w rytmie, no i bezkrwawo. Dobry tancerz jest w podobnej cenie u kobiet, co zwycięzca turniejów. Nawet w powiedzeniu, że „kto do tańca, to i do różańca”, bo i modlitwa jest swoistym tańcem duszy z Bogiem, do czego nie każdy się nadaje.

Taniec jest misternym sposobem oswajania dzikiej i gwałtownej duszy niedojrzałego mężczyzny. Zresztą, nie ma żadnego rytuału bez korowodu, gestów lub tańca. U ludów zwanych prymitywnymi, nie do wyobrażenia byłby młodzieniec nie potrafiący tańczyć i walczyć.

JAK  WIĘC  OBUDZIĆ TYCH ŚPIĄCYCH RYCERZY W ROZBÓJNIKACH I ICH OFIARACH?

Jeśli wychowanie jest pracą wokół nadziei wychowanka, to potrzeba chyba mu pomóc nazwać najgłębsze i najważniejsze tęsknoty i po odróżniać je od substytutów, iluzji, błędnych ogników, produkowanych teraz przez potężne przemysły i media. Nadzieja jest w tym, że ta tęsknota za mocą, za duchem rycerskim, za przygodą, heroizmem, została w człowieku umieszczona nie tyle przez kulturę, co przez samego Stwórcę. To diabeł jest producentem namiastek, wychowawcą zalęknionych słabeuszów, co niemoc pokrywają przemocą. Tego ducha rycerskiego określa cała Biblia całą plejadą bohaterów biorących od Boga moc nieporównywalną z żadną inną, ale pod pewnymi warunkami. I te warunki ethosu rycerskiego dobrze jest przypomnieć, bo tzw. nowoczesna pedagogia zdaje się o nich nie wiedzieć, a nawet przekreślać.

–         Rycerz, to nie zawodnik, nie mistrz sztuk walki, nie zabijaka, ale OBROŃCA zwłaszcza kobiet, starców, dzieci. To dla nich zdobywa się na heroiczną odwagę, a wobec nich jest szlachetny, opiekuńczy.

–         Jest odważny, ale popisujący się brawurą czy igraniem ze śmiercią. Bez odwagi nie jest możliwe przeciwstawienie się przemocy. Ta odwaga to ważenie się nawet na nierówną walkę w obronie sprawiedliwości, świętych zasad, pokrzywdzonych. Żeby się na nią zdobyć, trzeba kochać jakąś nad-wartość, czyli jakąś świętość, dla której warto się narazić na ból, na rany, a nawet na utratę życia. A jeśli to świętość, to już nie ludzka to sprawa, lecz Boża.

–         Odwagę i niezłomność dawała rycerzowi wierność królowi i Bogu.

Dlatego jego honor, to była sprawa prawego sumienia, bez którego działanie owej mocy Bożej w człowieku jest niemożliwe.

Spowiedź więc jest i uznaniem swojej słabości, ale jednocześnie odzyskaniem źródła Bożej mocy.

–         Wolność u rycerza to nie swawola, ale wierność i panowanie nad wszystkim, co człowieka od zewnętrz i od wewnątrz może zniewolić. Stąd tak ważna jest mądra asceza i samodyscyplina, nie wygodnictwo, dogadzanie sobie, sięganie po używki, uzależnianie się od nich. Dlatego tak ważne jest mądre rozumienie i przestrzeganie postu – także w rozrywkach, imprezach (szczególnie piątkowych, wielkopostnych czy adwentowych).

–         Kodeks rycerski to były przede wszystkim powinności, a przywileje były jakby nagrodą za ich  spełnianie. Prawa, które nie mają odpowiedników w obowiązkach, tylko deprawują tych, którzy zaraz ich nadużywają. Tak jest również z przykazaniami Bożymi, które wyznaczają dość wyraźną granicę: dokąd jest się człowiekiem, a odkąd już tylko bydlęciem lub bestią.

–         Cnoty rycerskie to były przede wszystkim sprawności moralne.

Wierność, odwaga, prawdomówność, sprawiedliwość…musiały być wciąż trenowane, utrwalane, próbowane, by mogły stać się stałymi cechami charakteru.

–         Rycerski stosunek do kobiet polegał przede wszystkim na dostrzeganiu w kobiecym pięknie odbicia Bożego piękna i Bożej tajemnicy. Taki respekt budził w kobiecie większe poczucie godności, skromności i ufności. Jej słabość miała wyzwalać gotowość do obrony jej i opieki nad nią, a nie czynienia z niej zabawki.

–         Rycerz gotowy był na ból, na wyrzeczenie, na utratę czegoś dla czegoś/kogoś większego. To tworzyło w nim i hart ciała, i ducha, a także prawość sumienia, które powinno boleć nawet przed grzechem. Hart ciała i ducha jest niezbędny w czasie, gdy wszystko kusi łatwizną, wygodą, zachciankami.

–         Mocą duchową jest przede wszystkim Łaska Boża, więc winno się czuwać na jej stanem, bronić przed zagrożeniem, cenić ją coraz wyżej, tak jak swoją wiarę i powinności religijne. I tu jest miejsce na walkę ze złem, z pokusami, z lękiem, z obawami przed silniejszymi fizycznie, a także z szatanem, którego działania nie ma co lekceważyć.

JAK WIDAĆ SĄ TO CECHY MĘSKIE I JEST TO WYZWANIE DLA WYCHOWAWCÓW-OJCÓW, NAUCZYCIELI, ALE I DLA WYCHOWAWCZYŃ, KTÓRE, JAK TE Z DAWNIEJSZYCH POKOLEŃ, WYCHOWYWAŁY CHŁOPCÓW WG DUCHA RYCERSKIEGO, ZGODNEGO Z ICH NATURĄ I SPEŁNIAJĄCEGO TĘ ODWIECZNĄ TĘSKNOTĘ ZA MOCĄ, WALKĄ, DZIELNOŚCIĄ,

TAJEMNICĄ, PIĘKNEM KOCHANEJ KOBIETY, A TAKŻE ZA BOGIEM, KTÓREMU MOŻNA BYŁO SŁUŻYĆ CAŁYM SOBĄ.

Jednak wychowywać, to nie chować pod skrzydłami, nie drżeć nazbyt o bezpieczeństwo, nie chronić zbytnio przed trudami i walką, nie wspierać nadmiernie, bo tak nigdy nie da się zakosztować chłopcu smaku przygody, walki, zwyciężania siebie…
Może taka baśń-trochę-na-opak coś tu nam podpowie:
Kiedy w pałacu Księcia przyszedł wreszcie na świat potomek, to jedno było pewne, że chłopiec o imieniu Donat będzie miał wszystko, czego zapragnie. Szczególnie dbała o to Księżna zakochana wprost w dorodnym synu. Chłopiec dość wcześnie zamarzył sobie, by zostać rycerzem. Jednak musiałby wpierw być giermkiem, a potem spełnić kilka warunków. Księżna wymogła, aby chłopca nie poniżać czymś takim i za kiesę pełną złota zdobyto pasowanie Donata na rycerza bez tych „ceregieli”.
Chłopiec otrzymał zbroję i hełm, ale o połowę lżejsze od zwyczajnych, bo nie zamierzano pozwolić mu udać się na jakąkolwiek wojnę czy krucjatę. Donat zwyciężał wszystkich przeciwników w pałacowych turniejach, nie wiedząc, że tamtym płacono, aby przegrywali z nim. Podobnie było ze wstążką od jakiejś damy jego serca – dostał ich od razu kilkanaście od różnych dwórek…W końcu chłopiec zamarzył sobie o wyprawie po Kielich Wody Żywej. Rodzice przygotowali wyprawę, powierzając Donata opiece Sługi wyposażonego w kuferek złota, które miało ułatwić spełnienie kolejnego marzenia. Miejsca noclegów w karczmach były z góry dobrze opłacone i przygotowane. Przed Donatem podążali pachołkowie oczyszczając drogę z tych, którzy niespodziewanie mogliby zakłócić „rycerską wyprawę”. Kiedy Donat zaczął przebąkiwać o walce ze smokiem, to Sługa podczas jednego z noclegów dolał mu do wina jakiejś mikstury, po której „rycerz” walczył z wieloma smokami, miotając się w malignie na posłaniu, a po przebudzeniu miał się za zwycięzcę. Kiedy spytał Sługę czy daleko jeszcze do zamku z magicznym Kielichem, to ten „załatwił” rydwan z Pegazami, który poniósł Donata do samego celu wędrówki, choć był to dopiero trzeci dzień drogi. Kiedy stanęli przed zawartymi wrotami i trzeba było przeczytać grubą księgę aby odgadnąć zaklęcie otwierające zamek, Sługa podsunął mu, jak ściągę leniwemu żakowi, karteczkę z magicznymi słowami. Donat wszedł do środka, przeszedł między uśpionymi uprzednio strażnikami, chwycił Kielich i nagle zapytał: „Dla kogo miałem go zdobyć?” Sługa na to: „Dla siebie samego, by poznać smak spełnionych marzeń”. Donat wrzucił kielich do sakw i bez specjalnej radości ruszył z powrotem. Jechał smutny obok rozpromienionego Sługi. A kiedy mimowolnie podsłuchał, że mają być opłaceni napadający na nich niby „rozbójnicy”, rzucił się nagle na Sługę i zadał mu śmiertelny cios. Ten konając powiedział: „Za co? Przecież ja nieba bym ci przychylił…” Na to Donat: „I dlatego ja takiego nieba nie chcę!”

Cóż warte jest to, o co się nie walczy, czego się nie zdobywa i czego się potem czujnie nie strzeże? I cóż jest wart ten, kto tego nie czyni?

Brat Tadeusz Ruciński

 

LALKA  BARBIE, LARA CROFT  CZY….?

(o 4 ikonach w wychowaniu dziewcząt)

Dziesięcioletnia Kaja dopytuje się Mamy: „Mamo, kim wolałabyś zostać: dziewczyną Żółwia Ninjia, super-wojowniczką

Larą, czy lalką Barbie?” Mama zastanawia się chwilę, bo zna Barbie, ale tamte dwie, to tylko „hasłowo”, więc pyta: „Tylko masz te trzy do wyboru?”. I słyszy: Tak, bo one są najważniejsze.”  Ale dlaczego one? – zamyśla się Mama – Przecież tyle było kiedyś ulubionych bohaterek baśni, którymi jej córka chciała zostać, nawet kilka malowniczych świętych ożywiało jej marzenia, czasem mówiła, że będzie taka jak mama… A tu nagle te trzy twory biznesu, kiczu i wyobraźni są najważniejsze.

Może to sprawia siła działania współczesnych ikon, które budzą coś w dziewczynkach, dziewczynach i kobietach, zagospodarowują ich wyobraźnię, kształtują ich ideały kobiecości, wartości, urody i szczęścia, stają się nie tylko obiektami zapatrzenia, zafascynowania, ale i wiernego, bezkrytycznego naśladowania?

Ikony religijne dawały kiedyś przedsmak, zapowiedź, odniesienie do DOSKONAŁOŚCI, nieosiągalnej jednak tu i teraz. Ikony pop-kultury też tworzą wzory doskonałości o wiele łatwiejsze do naśladowania, bliższe niedojrzałym marzeniom, będące namiastkami pół-boskości. Te ikony są z pogranicza mitu, baśni, magii, a jednocześnie – przy pomocy techniki – tak hiper-realne, że przesłaniające wszystkie inne ikony i wzory. Obliczone są one na niedojrzałych i dojrzewających odbiorców – ich marzenia, chęć utożsamiania się i zbiorowego uczestnictwa w swoistym kulcie i rytuale.

Wyobraźnią, ale i po części naśladownictwem mniejszych i większych dziewcząt zawładnęły od pewnego czasu trzy dość charakterystyczne ikony dziewczyn-kobiet. Tych ikon jest więcej, ale te są jakoś reprezentatywne, no i najbardziej popularne.

IKONA  LALKI  BARBIE – powstała w 1959 roku w firmie Mattel i jej produkcja nie ustaje (co sekundę na świecie sprzedaje się 2 lalki, a zyski ze sprzedaży 1 996 roku przekroczyły 1,7mld $).

Trudno powiedzieć, ile tych lalek znajduje się na świecie, bo niektóre dziewczynki (a nawet dorosłe kobiety) mają ich kilkaset. Ten typ kobiecości można byłoby określić, jako KOBIETA IDEALNEGO CIAŁA, SUKCESU I NARCYZMU. Miewa ona różne zawody, ale nie pracuje. Nie ma dzieci, męża (tylko partnera Kena), ma znajomych, ale z tzw. high life’u. Nie brakuje jej niczego, gra w golfa, uprawia jeździectwo, opala się na swojej wyspie, jeździ świetnymi samochodami, ma mnóstwo czasu, nigdy nie jest zmęczona, chora, starzejąca się…Tworzy różne rodzaje luksusowych światów, których jest ośrodkiem, bo ona nie przyjaźni się, nie poświęca, nie kocha, nie wierzy w nic, prócz siebie samej i swoich kart kredytowych. Nie ma przekonań, norm moralnych, zasad. Jednocześnie kreuje modę, pewien typ zachowań, upodobań, zainteresowań.

Jej ciało jest tak idealne, że usiłują się do niej upodobnić modelki, aktorki i… bardzo wiele młodszych czy starszych anorektyczek. Jest boginką konsumpcji i jej motorem. Ucieleśnienie doskonałego samoluba…

IKONA LARY CROFT – wygenerowana przez twórców gier komputerowych i urodzona ponoć w 1968 roku w arystokratycznej rodzinie, z którą zrywa, zostając archeologiem i poszukiwaczką skarbów i przygód w najbardziej egzotycznych miejscach na świecie. Ta również ma idealne ciało, ale nieziemską wprost siłę, wytrzymałość i wolę walki, w której wciąż udowadnia mężczyznom swoją przewagę. Przez kilka lat zawładnęła wyobraźnią fanów gier (głownie młodszych i starszych chłopaków), którzy kolekcjonowali jej wszystkie (także rozebrane) wizerunki. W końcu wcieliła się w Angelinę Jolie w filmie (a jednocześnie grze) „Tomb Rider”. Coraz więcej dziewczyn (w różnym wieku) traktuje ją jako uosobienie NOWEGO TYPU KOBIETY SILNEJ, ZDOBYWCZEJ, NIEZALEŻNEJ I AGRESYWNEJ). Operuje ona nie tylko niebywałą nawet u mężczyzn siłą, ale różnymi rodzajami broni, którą zabija bez skrupułów męskich przeciwników. Kobiecość zachowała tylko chyba w przerysowanych cechach ciała, bo skutecznie wyrugowano z tej postaci wszystko, co czułe, wrażliwe, troskliwe, opiekuńcze, litościwe… To rodzaj bezdusznego Robocopa w kobiecym ciele i idealny wizerunek najbardziej wojujących feministek.

IKONA CZRODZIEJKI Z KSIĘŻYCA – to twór japońskiego komiksu i filmu animowanego typu manga. To historia kilku dziewcząt, które z jednej strony przeżywają zwyczajne sprawy dojrzewających nastolatek, ale z drugiej, dzięki swym czarodziejskim zdolnościom, nieustannie walczą ze złem zagrażającym z kosmosu Ziemi i jej mieszkańcom. Dziewczynki mają mityczne i magiczne pochodzenie, posługują się mnóstwem zaklęć, kryształów, rodzajów kosmicznych energii. Zarówno w tym filmie, jak i w podobnym „Dragon Ball”, występują demony, szatan, okultystyczne zaklęcia i wtajemniczenia. Wszystko dzieje się w takim tempie i kalejdoskopie braw i rozbłysków, że trudno cokolwiek zrozumieć, a trzeba się tylko poddać magicznej sile oddziaływania… Wizerunki dziewcząt łączą twarze kilkuletnich dziewczynek o ogromnymi oczach z wybujałymi kształtami kobiecych ciał. W typie mangi „anime” erotyka jest dyskretna, ale w „hentai” bywa animowaną pornografią, której są ogromne ilości w Internecie. Ten wizerunek – bardzo popularny, atrakcyjny i lubiany – łączy w sobie NIEDOJRZAŁĄ EROTYKĘ I MAGIĘ O RÓŻNYM STOPNIU WTAJEMNICZENIA.

Ci, którym słowa ikona kojarzyło się raczej z obrazem religijnym, mogliby zapytać właśnie o IKONĘ  MARYI, czyli wizerunek, który wpływał i kształtował bardzo wiele dziewcząt i kobiet chrześcijańskich. Być może twórcy Rewolucji Październikowej wiedzieli o sile oddziaływania tych ikon na rosyjskie kobiety, skoro z taką wściekłością niszczyli je i używali, by jak najbardziej poniżyć ten wizerunek, który odbijał się w największej głębi duszy kobiecej. Wizerunek Maryi na ikonie (choćby Jasnogórskiej) jest zupełną odwrotnością tych trzech popkulturowych ikon. Po pierwsze, że jest to POSTAĆ RZECZYWISTA, PRZEZ KTÓRĄ OBJAWIŁA SIĘ GŁĘBIA NATURY KOBIECEJ DZIĘKI ŁASCE.

Cechy Ikony Maryi:

– Przy płaskości i powierzchowności tamtych, w tej jest GŁĘBIA budząca przeczucie niepojmowalności i TAJEMNICY.

– Przy nieustannie eksponowanym, rozerotyzowanym ciele tamtych ikon, tu jedynie TWARZ skupia uwagę, jak zwierciadło duszy, zapraszająca do odczytywania najbardziej subtelnych stanów duszy i serca.

– Przy nienaturalnej ruchliwości, czy krzykliwości tamtych ikon, tu jest SPOKÓJ I POKÓJ emanujący z głębi  serca, które jest oparte o Boga i harmonię sumienia.

– Przy wyzywającej zarozumiałości, pogardzie i pysze tamtych ikon, w tej jest PROSTOTA POKORY, czyli bezpretensjonalność, prawda siebie samej, przez którą Bóg się jakoś objawia, no i wolność od sztuczności.

– Przy czystej przedmiotowości tamtych ikon (ciała sprowadzonego do przedmiotu pożądania), tu jest PODMIOTOWOŚĆ OSOBY Z CAŁĄ JEJ GODNOŚCIĄ, która powstrzymuje żądzę, chęć zawłaszczenia, użycia, a budzi może pragnienie kochania, służenia, bronienia podmiotu swojej miłości.

– Przy narcystycznej samotności i „samowystarczalności” tamtych ikon, tu jest ZWRÓCENIE SIĘ DZIECKU I WIĘŹ Z NIM.

Odnajdywanie w nim podobieństwa, ale i jego miłości do siebie.

– Przy wizerunkach nieustannej niedojrzałości tamtych ikon, czyli niechęci do jakiegokolwiek poświęcenia komukolwiek, tu jest ODDANIE SIĘ DLA OWOCU SWOJEGO ŻYWOTA, co jest właśnie doskonałym spełnieniem natury, powołania dzięki Łasce.

Pytanie: Jak przybliżyć, unaocznić jakby tę Ikonę Maryi i jej ukryte znaczenia dziewczętom i kobietom uwiedzionym tamtymi

Kuszącymi wizerunkami? Może jeszcze raz uwierzyć, że dojrzała kobieta może być Ikoną Maryi dla tych dojrzewających?

Brat Tadeusz Ruciński

 

ŚWIĘTY MIKOŁAJ NA OPAK

Ktoś ciężko i bardzo zmyślnie pracuje nad tym,

aby to, co święte albo rozmienić na namiastki, albo

wywrócić całkiem na opak. Tak się dzieje ze świętami

Bożego Narodzenia, gdzie prostota i ubóstwo

stajenki obrasta przepychem rodem z pałacu

Heroda. Podobnie stało się ze świętym Mikołajem,

którego z dyskretnego, bezinteresownego

darczyńcy, zmieniono na sponsora Bogini Konsumpcji.

Kiedy patrzę na ten rozrastający się biznes świąteczny, który odebrał Adwentowi całą jego powagę, ciszę i tęsknotę, to zauważam, że cały wysiłek owych biznesmanów i wspierających ich mediów, można byłoby streścić w takim zamiarze: „Co tu jeszcze ująć Bożemu Narodzeniu (i czym je zaśmiecić), aby nie miało już nic z Bożego Narodzenia? Co tu zrobić, by brzuch zdusił ducha?” No i mimo tylu starań, pieniędzy, prezentów, jedzenia (oczywiście wszystko dla ciała), duch jakoś nie bardzo się cieszy i ciasno mu i nudno w tej nadobfitości dóbr wszelakich. Jakoś nie bardzo się pamięta o tym, że najpierw musi być jakaś tęsknota, brak, żeby potem radość była wielka. Radość serca i duszy, a nie tylko chwilowa przyjemność dla ciała. Tej radości nie ma również z coraz to droższych prezentów, jakie dzieci zamawiają u św. Mikołaja, który ze świętym Biskupem ma chyba tylko podobne imię, bo zrobione z niego grubego krasnoluda, którego „świętą” powinnością jest jakoby zaspokajanie zachcianek dzieci i…supermarketów. Cały urok tego świętego polegał na tym, że uczył on radości z bezimiennego obdarowywania kogoś. A ten czerwony krasnolud uczy teraz tylko coraz większych wymagań i roszczeń, bo zamiast aniołków ma przy sobie speców od reklamy.

Dziwna sprawa, że los św. Mikołaja jest również losem wielu rodziców, którym odebrana jest spora część radości z obdarowywania swoich pociech, bo jakoby „muszą” zaspokajać coraz większe ich potrzeby, bez liczenia na wdzięczność, wyrozumiałość czy wzajemność… Nie ma bowiem radości tam, gdzie nie ma braku, a jest tylko roszczenie i…nuda.

Ostatnio opisałem dzieciom w „Aniele Stróżu” (dopowiadając w audycji radiowej) pewne zdarzenie p.t. „Groźny Mikołaj?”. Pozwolę je tu odtworzyć.

W dzień św. Mikołaja brat Jan miał zawsze mnóstwo roboty od rana do wieczora, bo miał naturalne długie srebrne włosy i brodę. Dlatego świetnie wyglądał w przebraniu św. Mikołaja, rozdając prezenty w szkole, w kościele, po domach dziecka i mieszkaniach. Było już ciemno, gdy zapukał do rodziny Abramów i wszedł tam w swojej biskupiej czapce i z wielkim pastorałem, mówiąc: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Odpowiedzieli mu tylko rodzice, bo bliźnięta Baśka i Bastek patrzyły na niego milcząc ze złymi minami. – „Gdzie masz nasze wszystkie prezenty? – krzyknął nagle Bastek – Dawaj je nam! Zobaczymy, czy jest tam wszystko to, o co pisaliśmy w liście do św. Mikołaja.” Brat Jan-Mikołaj, zdejmując już worek z pleców, zmarszczył siwe brwi i stuknął pastorałem, mówiąc: „A jeśli nie ma, to co?”. Na to Bastek: „Jak to: co? Mama i tata są od tego, by nam kupować prezenty, a ty jesteś po to, by je nam przynosić.” Brat Jan pierwszy raz spotkał tak niedobre dzieci. Stuknął mocniej pastorałem i powiedział: „A wy jesteście po to, aby was ukarać! Odniosę te prezenty tam, gdzie  ich już nie znajdziecie, bo się wam po prostu nie należą!”. Chwycił worek i wyszedł. Po chwili wrócił bez niego, potrząsając groźnie pastorałem. Bliźniaki (jak i ich rodzice) patrzyły  na niego zdumione i coraz bardziej przestraszone, gdy mówił: „Straciliście nie tylko te prezenty. Ale pomyślałem, że odbiorę wam dziś prezenty, jakie macie od Pana Boga – waszych rodziców. Wezmę ich do domu dziecka. Tam się dopiero nimi dzieciaki ucieszą i podziękują im nawet za sam uśmiech…” Mama i Tato spojrzeli na siebie i zaczęli się ubierać i pakować jak do wyjazdu. Bliźniaki teraz chyba uwierzyły w słowa brata Jana-Mikołaja. Baśka nagle rzuciła się do taty, chwytając go za szyję i krzycząc: „Ja taty nie oddam! Ja go kocham!” Podobnie krzyczał Bastek, ściskając mamę. Zaczęli oboje prosić ze łzami: „Zostaw nam mamę i tatę, św. Mikołaju! Nie chcemy już innych prezentów. Oni nam wystarczą!” Baśka nagle wpadła na nowy pomysł mówiąc: „A jeśli ci oddamy te prezenty, co dostaliśmy od dziadka i babci, to zostawisz nam mamę i tatę?” I oboje pobiegli po  prezenty. Brat Jan-Mikołaj z trudem zachowywał niby groźną minę i  ruchem ręki dał znać, że nie chce, ale uśmiechnął się w końcu szeroko i wyszedł po swój worek, Gdy wrócił, bliźniaki były tak przytulone do rodziców, że za bardzo chciały podejść. I wtedy Bastek powiedział: „Szanowny święty Mikołaju, możesz wziąć jeden mój prezent nie rozpakowany dla tamtych dzieci.” Baśka zapewniła, że jej też. I kiedy brat Jan-Mikołaj pożegnał się i wyszedł przed dom, otworzyło się okno i Bastek zawołał: „Dziękujemy!” A zaraz wychyliła się Baśka i dodała głośniej i radośniej: „Bóg ci zapłać.” Brat uśmiechnął się szeroko gdzieś w górę, w rozgwieżdżone niebo, bo poczuł, że dał tu komuś więcej niż przyniósł. A może to był cud prawdziwego świętego Mikołaja?

W audycji radiowej zapytałem Małą, z którą tam się przekomarzam, czy ma prezent dla św. Mikołaja. Zdziwiła się bardzo, jak chyba większość dzieciaków, przyzwyczajonych, że to one mają być obdarowywane i to jeszcze według oczekiwań, marek i mody… Jednak tradycja Bożenarodzeniowych podarków wzięła się od tego porywu serca pasterzy, co nawet nie pojęli, że mogą czymś obdarować samego Boga, jak i mądrze dobranych darów Mędrców, którzy chcieli obdarować Dziecię po królewsku. Ten świąteczny biznes niewiele ma wspólnego z tymi darami i z tymi intencjami, bo każe dyktować, brać i nawet nie bardzo dziękować, bo ponoć dzieciom się wszystko należy…Może najbardziej należy im się radość z obdarowania kogoś bliskiego, czymś nie kosztownym, ale z porywu zgadującego serca, bo i oni mogą obdarować dorosłych, jak ci biedni pasterze Jezusa.

Ten prawdziwy św. Mikołaj Biskup obdarowywał tych, co nic nie mieli, co tęsknili za tym, co najprostsze i najpotrzebniejsze. I robił to trochę na podobieństwo Boga, który rzadko (chyba tylko grzesznikom) spełnia zachcianki, a o wiele częściej swoje obietnice spraw stokroć ważniejszych. Po to przecież przyszedł – nie jako sponsor czy dostarczyciel dóbr wszelkich, ale jako Nauczyciel Dobroci, która cieszy się radością obdarowanych i podniesionych na duchu. Warto odkryć to źródło radości, ale i wdzięk wdzięczności, którego brak tym, co wciąż chcą zbyt dużo dla siebie. A to jakoś nie uchodzi przy nagiej Dziecinie w okropnie ubogiej stajence…

Brat Tadeusz Ruciński

 

RODZINA  TAKA. JAK W  WIGILIE

Być raz w roku naprawdę rodziną, to trochę za mało – Wigilia jest po to, by Słowo-Bóg z nami

ZAMIESZKAŁO!

Czyż nie jest trafnym spostrzeżenie, że „Poruszamy się coraz prędzej, spieszymy się coraz szybciej i szybciej, krążymy dookoła, lecz nie ma środka. Jest wiele domów, ale nie ma środka.”? Nawet nasz potoczny język to wyraża w słowach „całkiem skołowany”, „jestem skołowaciała” lub „dostał kręćka” (przy niektórych chorobach psychicznych człowiek nieustannie kręci się i wiruje). Jesteśmy coraz bardziej nerwowo ruchliwi, kręcący się tak jak urwane koło od samochodu, które jeszcze pędzi, ale już bez osi… I tak też jest w rodzinach – każdy jest zabiegany wokół własnych spraw, własnej pracy, własnej nauki, własnej zabawy, muzyki etc. Co jest więc osią, centrum, istotą życia rodziny? Wokół czego ona naprawdę się skupia? Wokół czego jednego skupić się mogą)choć co i raz,zainteresowania, dążenia, prace, chęci, sympatie  wszystkich  domowni­ków? Zwykle to wszystko i wszystkich usiłuje wiązać, skupiać, integrować matka, pani (a może niewolnica?) domu, ale czy i ona ma coś, wokół czego możliwe byłoby owe skupienie całej rodziny?  Wigilia Bożego Narodzenia jest takim momentem, okazją, szansą, by w końcu było coś wspólne, gromadzące i scalające całą rodzinę. Ta Wigilia mogłaby być nie tylko momentem, ale jakimś sposobem na rodzinność rodziny; nauką bycia naprawdę domownikami. Coraz częściej mówi się bowiem o „koczownictwie mieszkaniowym” czy o „komfortowej bezdomności”…

Jeśli więc Wigilijny Wieczów ze swoją atmosferą, symbolami, rytuałem jest jeszcze w stanie zgromadzić całą rodzinę, to spróbujmy w tym wszystkiw znaleźć głębsze znaczenie dla tego, co tworzyć może rodzinę na co dzień, a nie tylko od „wielkiego dzwonu”. Ktoś mi kiedyś powiedział: „Te świąteczne symbole są jak wielkanocne wydmuszki – z wierzchu piękne, ale puste w środku, bez treści.” I tak chyba trochę z tą oprawą świąt bywa – kultywujemy zwyczaje, obrzędy, symbole, ale nie zawsze znamy ich znaczenie. Chodzi tu nie tylko o to, co one oznaczają, ale jakie ZNACZENIE mogą mieć dla naszego życia, a nie tylko świętowania. Świętowanie bowiem powinno mieć wielkie znaczenie dla codzienności. Spróbujmy więc przestać się kręcić i podumać nad ZNACZENIEM Bożonarodzeniowych symboli i tradycji dla kształtu naszej codziennej rodzinności.

RODZINNOŚĆ

Wypadałoby zacząć od poszukania owego centrum, osi, istoty rodziny samej w sobie. No cóż, bez odniesienia do Boga, rodzinę można pojmować tylko biologicznie (na podobieństwo zwierząt) lub socjologicznie (jako najmniejszą komórkę organizmu państwa). Jednak to jest za mało, by kochać się, być sobie wiernymi i tworzyć. W słowach z Ewangelii św. Jana (śpiewanych w kolędach) „A Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami” jest – myślę – wyjaśnienie o wiele głębsze. Żeby bowiem człowiek mógł się począć, narodzić, rozwijać, stawać człowiekiem – musi mieć do tego przestrzeń tworzoną-przez ludzi, jako środowisko życia, zamieszkiwania. Poczynający się i rodzący się człowiek jest OBIETNICA, że miłość staje się ciałem, czyli codzienną rzeczywistością; że wszyscy – rodzice, dzieci i inni domownicy – poprzez tę zwyczajną miłość DOROSNĄ DO NIEBA, czyli do ZAMIESZKANIA W DOMU OJCA. A że ta miłość jest trudna, a czasem prawie że niemożliwa, to musi mieć ona jakiś wzór, jakieś „wspomaganie”, jakiś stały punkt odniesienia. Boże Narodzenie jest świętowaniem spełnienia obietnicy Boga, narodzenia się Jezusa, nazwanego Słowem, jako dziecka w rodzinie. I dlatego każda rodzina jest zbudowana na słowie danym sobie przez małżonków-rodziców. Słowie danym wobec Boga. Słowie, któremu trzeba być wiernym. Ta wierność, to podstawa każdej rodziny – wierność wzajemna, którą można wyrazić, jako „możność wzajemnego potrzebo-wania siebie według Bożych przykazań, bo wierność musi mieć ściśle i jasno określona zasady. I tak się tworzy przestrzeń, w której Bóg może zamieszkiwać, by człowiek nie był zdany tylko na własne siły. I tę przestrzeń wciąż trzeba tworzyć, nadwątlone więzy umacniać, słów danych sobie dotrzymywać.

STÓŁ RODZINNY

Nie sposób wyobrazić sobie Wigilii bez stołu. Stół jest bowiem miejscem bliskiego spotkania domowników, ich spojrzeń, słów, serc, dłoni. Stół jest miejscem karmienia i dzielenia się pokarmami (owocami pracy i życia). Jest miejscem, do którego zaprasza się bliskich, by bliżej być nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Biały obrus nie mówi tylko o odświętności i higieniczności, ale i o czystości wzajemnych intecji zasiadających, o ich szczerości, o podobieństwie do ołtarza. Postne potrawy wigilijne przypominają o karmieniu nie tylko ciał, lecz także serc i dusz; o wyrzeczeniu; o dzieleniu doli z biednymi. Świece na stole lub na choince przypominają i „Światłość, która przyszła na świat”, i tzw. ognisko domowe; ciepło, które się ma wzajemnie dla siebie; żywe światło rozjaśniające twarze; ogień serdeczny, który wciąż trzeba podtrzymywać, by nie zagasł. Siano pod obrusem w Wigilię to przypomnienie prostoty stajni w Betlejem i żłobu, z którego pożywiały się zwierzęta, a w którym położone Tego, który stał się Chlebem Życia. Stąd ta więź żłobu-stołu-ołtarza. Stąd ta konieczność karmienia się przez domowników Chlebem Życia, chlebem powszednim i swoją życzliwą obecnością.

ŚWIĄTECZNY OPŁATEK

Trzeba czasem ten codzienny chleb ujrzeć od innej, piękniejszej strony, jako pokarm również dla duszy. Trzeba też ujrzeć siebie wzajemnie od innej, piękniejszej, odświętnej strony. I do tego potrzebne jest PRZEŁAMANIE się PRZEBACZE­NIEM, czyli odrzuceniem za siebie tego, co w nas złe, brzydkie i raniące, by dostrzec lepiej to, co dobre, piękne i warte pokochania. – Tak jak łamie się przysłowiowe lody; jak łamie się chleb; jak przyjmuje się Boga w Chlebie Życia z pokojem „ludzi dobrej woli”. Bez dobrej woli bowiem niczego się nie zbuduje, nikogo się nie zrozumie, nikomu się nie przebaczy ani nie poprosi o przebaczenie. Bez dobrej woli będzie się wciąż przeciw sobie, obok siebie, poza sobą, zamiast:

ze sobą, dla siebie i dla wspólnego dobra. Dobrą wolą wciąż na nowo oswaja się przestrzeń domową i domowników. Dobra wola domowników wprowadza między nich sprawiedliwość, która – po wierności – jest także podstawą rodzinności.

MODLITWA

– „W imię czego mam wciąż przebaczać? W imię czego mam wciąż służyć, pomagać, pracować? W imię czego mam wciąż poświęcać swój czas. zdrowie, uwagę, życie?!” – to słowa z pewnej rodzinnej sprzeczki. A może lepiej byłoby każdemu z domowników zadać pytanie: „W imię kogo mamy wciąż się starać, przełamywać się, sprawiać radość, tworzyć domowość domu?!”  – „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…” – to wezwanie może przemieniać, uzasadniać, czynić znośniejszym wiele zwykłych spraw, dla których brakuje sił i wyrozumiałości. Stąd trzeba wzywania Boga tam, gdzie rodzina się spotyka, posila, decyduje, dzieli się, a nawet kłóci… Od Bożej strony sprawy ludzkie zawsze wyglądają inaczej.

ŻYCZENIA

Gdy symbole i zwyczaje są puste, to puste bywają słowa naszych życzeń. Jakieś tam „pomyślności”, „zdrówka”, „szczęścia”…czyli namiastki i banały. A mogłyby to być słowa, które .z uwagą, troską, nadzieją, mądrością – w tej chwili szczerości i otwarcia – mogłyby świadczyć o tym, że czuje się drugiego, że zna się jego sprawy, że chce się mu pomóc w spełnieniu tych życzeń, że chce się pójść z czynem za dobrym słowem, żeby się ciałem stało. Błogosławione są życzenia, które nie są konwenansami, ale odgadywaniem Bożej woli w życiu drugiego człowieka i pomaganiem w jej spełnianiu!

GOŚCINNE MIEJSCE PRZY STOLE

Dom nie może być twierdzą obronną. Rodzina nie może być wianuszkiem samolubów. Dom prawdziwy wytwarza wokół siebie przestrzeń domowości i rodzinności. Zatrzaśnięte, niegościnne domy w Betlejem na zawsze pozostaną symbolami skurczonych i zamkniętych serc. Powiększony o kogoś krąg przy stole oswaja obcość, wgarnia w krąg ciepła tych, którym serca Wchłódły; dzieląc się miejscem i posiłkiem, mnoży radość i rodzinność. Ta otwartość na gościa (nie tylko symboliczna) jest też znakiem, że serca domowników nie są zamknięte na ewentualność poświęcenia, na przyjęcie jeszcze kogoś do rodziny, na ryzyko…większej i prawdziwszej miłości.

WSPÓLNY ŚPIEW

Do śpiewu potrzeba harmonii współbrzmienia; potrzeba chęci włączenia się wszystkich; potrzeba wspólności tych samych słów, tonów, prawd, zasad wiary i nadziei. Żadne słuchanie czyjegoś śpiewu nie zaangażuje tak serca, jak dzielenie śpiewu pieśni (kolędy) z bliskimi. Do śpiewu otwiera się nie tylko usta, ale śpiew otwiera nam serca. OBDAROWYWANIE UPOMINKAMI

Jak refren przewija się tu słowo: WZAJEMNOŚĆ. Wzajemność wierności, przebaczenia, dobrej woli, pomocy…Rodzina to miejsce obdarowywania się, czynienia  daru z siebie – ale WZAJEMNEGO! Niesprawiedliwością jest, aby jedni stale musieli dawać, służyć, pracować, a inni wciąż korzystali z przywileju brania, korzystania, unikania trudów i obowiązków. Obdarowywanie jest wymianą materialnych znaków życzliwości serc. Nie ważna jest sklepowa cena upominku, ale to, ile kogoś kosztuje odgadnięcie czyichś życzeń, trud i ofiara włożone w ich spełnienie i bezinteresowność daru (tak pięknie wyrażona w świętomikołajowej anonimowości). I ważne jest to, aby chęć takiego obdarowywania wyrabiana była już od dziecka. Jeśli bowiem kogoś życie rodzinne, funkcjonowanie domu, przygotowanie jego świąteczności nic nie kosztuje – do dom nie będzie naprawdę JEGO domem, bo on nie ma ^nim udziału, nie wkłada weń serca; czerpiąc z darów innych, nie składa swojego (co się ponoć zwie pasożytnictwem). Taki ktoś nie będzie potrafiŁ się nawet cieszyć z bardzo kosztownego upominku. Jak cudownym przykładem są proste dary pasterzy z Betlejem i przemyślane, godne dary Mędrców!

TRADYCJA

Jest coraz więcej takich ludzi, co to chcieliby wymyśleć jutro bez wczoraj i koniec bez początku… Umieranie domów jest spowodowane wykorzenieniem człowieka z historii, z tradycji i z dziedzictwa pokoleń. Coś (i to dużo) chyba komuś zawdzięczamy. Dzięki dziedzictwu kultury, religii, obyczajów wiemy kim jesteśmy, znamy swoją godność, mamy na czym budować przyszłość. Nie można przerwać łańcucha pokoleń i nie można zatrzymać na sobie dziedzictwa wiary i obyczajów. Winniśmy je swoim dzieciom i wnukom bardziej niż wartości materialne. Każde święta, każda uroczystość rodzinna czy państwowa, jakoś wraca do przeszłości po to, by nie zbylejaczała teraźniejszość i żeby przyszłość nie zgubiła tego bogactwa, jakie wypracowały poprzednie pokolenia. Jeśli bowiem w rodzinach nie przechowa się – z szacunkiem i zrozumieniem – wiary, kiltury i tradycji, to w człowieku nie będzie już miejsca na człowieczeństwo. Człowiek straci wtedy „Oś”, wokół której obracają się sens, cel i wartość jego życia.

Mówiąc tu o świętach, chciałem powiedzieć więcej o codzienności. Mówiąc o Wigilii, więcej uwagi zwróciłem na jakość i znaczenie posiłków rodzinnych przez cały rok, zwłaszcza niedzielnych. Mówiąc o symbolach, tradycjach i obrzędach świątecznych, starałem się powiedzieć, co w nich nadal może tworzyć tzw. ognisko domowe, przy którym dobrze jest domownikom i dobrze jest pomiędzy nimi Bogu. Bo On wciąż chce  zamieszkać między nami – ludźmi dobrej woli, o których śpiewali i chyba wciąż śpiewają Aniołowie. Trzeba tylko większego pokoju serca i ciszy, żeby ich głos w sobie i pomiędzy sobą usłyszeć…

brat Tadeusz Ruciński